Nel 1951 un ragazzo australiano di 14 anni, James Harrison, si risvegliò in un letto d’ospedale… con cento punti di sutura sul petto. I medici gli avevano appena rimosso un polmone per salvarlo

Martedì, 14 febbraio 2025

Oggi mi sento sommerso wspomnieniami i głęboką wdzięcznością za życie, które mogłem prowadzić. Często wracam myślami do tamtego dnia z 1951 roku, kiedy mając zaledwie czternaście lat obudziłem się w szpitalu w Turynie. Na mojej piersi, jeszcze obolałej, widniało ponad sto szwów. Lekarze musieli usunąć mi jedno płuco. Przeżyłem tylko dzięki trzynastu transfuzjom krwi, które otrzymałem od zupełnie obcych Włochów, ludzi, których twarzy nigdy nie poznałem i którym nie miałem jak podziękować.

Mój ojciec, Vittorio, siedział przy moim łóżku, trzymając mnie za rękę. Wyszeptał wtedy słowa, które na zawsze zapisały się w moim sercu: Sei vivo solo perché qualcuno ha donato il proprio sangue per te. Wiedziałem, że nie mogę tego zapomnieć. Tamtej nocy złożyłem sobie obietnicę kiedy skończę osiemnaście lat, sam pójdę do centrum krwiodawstwa i oddam krew, ratując czyjeś życie, tak jak ktoś uratował moje.

Moim największym problemem był strach. Przerażały mnie igły do szpiku kości zjawisko dość powszechne wśród dzieci, ale i u mnie zostało na długie lata. Mimo to, kiedy skończyłem osiemnaście lat, przekroczyłem próg Avisu, czując, że robię coś ważnego. Usiadłem na fotelu, wpatrzyłem się intensywnie w biały sufit i pozwoliłem pielęgniarce wykonać swoją pracę. Od tamtej chwili postanowiłem, że nigdy nie spojrzę na igłę. I wytrwałem w tym postanowieniu przez sześćdziesiąt cztery lata.

Nie miałem wtedy pojęcia, że w moich żyłach płynie coś naprawdę wyjątkowego. Po kilku donacjach lekarze szpitala San Giovanni odkryli, że moje osocze zawiera rzadkie przeciwciało niezwykły efekt tych licznych transfuzji z dzieciństwa. To przeciwciało mogło zapobiegać śmiertelnie groźnemu konfliktowi Rh, z powodu którego co roku w całych Włoszech umierało wiele noworodków. Kiedy kobieta z Rh- była w ciąży z dzieckiem Rh+, jej układ immunologiczny mógł zacząć atakować czerwone krwinki rozwijającego się dziecka. Powodowało to poronienia, martwe narodziny i trwałe uszkodzenia mózgu.

Lekarze zapytali mnie, czy chciałbym przez całe życie oddawać nie tylko krew, ale także osocze, co oznaczało dłuższe zabiegi nawet do półtorej godziny za każdym razem, regularnie co kilka tygodni. Myślałem wtedy o swoim lęku. I o wszystkich tych dzieciach i ich matkach, które mogłem uratować. Powiedziałem sì.

Przez sześćdziesiąt cztery lata nie opuściłem ani jednej donacji. Oddawałem osocze w dniach radosnych i w tych przepełnionych smutkiem. Robiłem to, kiedy jeszcze pracowałem w kolejnictwie, i nie przestałem, kiedy przeszedłem na emeryturę. Nawet po śmierci mojej żony Ludoviki w 2005 roku czasie, który nazwałem najciemniejszym okresem mojego życia nie zrezygnowałem z tej misji. Za każdym razem odwracałem wzrok, liczyłem płytki na ścianie, rozmawiałem z pielęgniarkami o pogodzie, byle tylko nie patrzeć na igłę. Mój strach nie zniknął. Ale mimo to zawsze pojawiałem się w laboratorium. Dotrzymałem obietnicy.

Los chciał nawet, żebym pomógł własnej córce, Simonie. Gdy zaszła w ciążę, potrzebowała leku wyprodukowanego z mojego osocza. Dzięki temu zabiegowi, mój wnuk Riccardo urodził się zdrowy. Byłem świadkiem tego wielkiego cudu, gdy decyzja sprzed dziesięcioleci odmieniła los mojej rodziny.

W maju 2018 roku, zgodnie z włoskim prawem, musiałem oddać osocze po raz ostatni miałem już osiemdziesiąt jeden lat. W sali czekały na mnie mamy z noworodkami na ramionach: żywy dowód na to, że coś, co robiłem przez całe życie, miało sens. Płakały ze wzruszenia, a ja czułem się zwykłym człowiekiem. Po wszystkim usiadłem po raz ostatni na fotelu, odwróciłem wzrok i oddałem osocze po raz 1173.

Od 1967 roku we Włoszech przetworzono ponad trzy miliony dawek leku Anti-D, wyprodukowanego z mojego krwi. Naukowcy wyliczają, że moja ofiarność pomogła uratować około dwa i cztery miliony dzieci we Włoszech. Kiedy ktoś nazywał mnie bohaterem, wzruszałem tylko ramionami i mówiłem: Io mi siedo su una poltrona sicura, dono sangue. Ricevo un caffè, una brioche e me ne torno a casa. Nessun problema.

Teraz, mając osiemdziesiąt osiem lat, wiem, że bohaterów nie zawsze szuka się na ekranach kin czy w książkach. Czasami bohaterem jest ktoś, kto przez całe życie dotrzymuje danego słowa. Kto odczuwa autentyczny, paraliżujący strach, a mimo to codziennie dokonuje małego, odważnego wyboru, myśląc o innych bardziej niż o własnych lękach.

Zadaję sobie pytanie, jakie małe, ale odważne kroki jeszcze przede mną, choć one nadal potrafią mnie przestraszyć. Bo wiem, że życie wielu ludzi może się zmienić tylko dlatego, że jeden zwykły człowiek przełamie swój strach i zrobi, co trzeba.

Rate article
Add a comment

;-) :| :x :twisted: :smile: :shock: :sad: :roll: :razz: :oops: :o :mrgreen: :lol: :idea: :grin: :evil: :cry: :cool: :arrow: :???: :?: :!:

3 × one =

Nel 1951 un ragazzo australiano di 14 anni, James Harrison, si risvegliò in un letto d’ospedale… con cento punti di sutura sul petto. I medici gli avevano appena rimosso un polmone per salvarlo